| Karkonosze – górski debiut Kiedy wróciłem z Mazur, nie mogłem usiedzieć na miejscu, ogarnięty przygnębieniem, na myśl, że do następnej wyprawy przyjdzie mi czekać cały rok. Toteż ucieszyłem się z zaproszenia, od koleżanki mieszkającej w Trzcińsku koło Jeleniej Góry. Po raz pierwszy trzeba będzie zmierzyć się z prawdziwymi górami. By poczuc smak podjazdów, kilka dni wcześniej wybrałem się na osławioną ''Kapelę''(618m.npm). Bardzo często rozgrywana jest w tym miejscu górska premia Tour de Pologne. Sześciokilometrową wspinaczkę o nachyleniu 11-14% rozpocząłem tuż za Świerzawą. Gdybym jechał od strony Jeleniej, miałbym odlotowy zjazd, gdzie mój koleś wyciągnął setkę, a tak ostre zakręty uniemożliwiały rozwinięcie dużej prędkości. Dnia 21.09. mijając po drodze Złotoryję i Świerzawę, dotarłem do Trzcińska.  Na drugi dzień postanowiłem pozwiedzać okolicę. Trasa jaką sobie wytyczyłem, wiodła przez Bobrów(pałac-obecnie odbudowywany), Wojanów(pałac- obecnie spalony). Kiedy byłem tu kilkanaście lat temu, stał jeszcze w całkiem niezłym stanie. Obecnie przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Ponoć właściciel podpalił go, licząc na o dszkodowanie. Szkoda, ż   e nie było go w tym czasie w środku. Następnymi miejscowościami były- Łomnica (pałac-hotel), Miłków (pałac) i Ściegny- słynące z miasteczka westernowego. Chwilę póżniej dojechałem do Karpacza. panorama Karpacza skocznia w Karpaczu Będąc w tym mieście, miałem okazję zmierzyć sie ze słynnym ''Orlinkiem''. Niezorientowanym powiem, że jest to 800m. wzniesienie. Idąc piechotą można dostać zadyszki, nie mówiąc o wjeździe rowerem. Półtorakilometrowy podjazd ma 11-14% nachylenia. Co roku ważą się tutaj losy wygranej w Tour de Pologne. Do bazy w Trzcińsku wróciłem przez Kowary (w mieście znajduje się ciekawe muzeum miniatur), Karpniki (pałac coraz bardziej popadający w ruinę). Dzisiejszy dystans wyniósł 80 km. w tym 10 km podjazdów. Nazajutrz trasa prowadziła przez Mysłakowice(pałac- rezydował w nim Fryderyk 2 gi – obecnie szkoła) i Jelenią Górę. Jest w stolicy Karkonoszy kilka ciekawych miejsc godnych uwagi, ale dla mnie najbardziej fascynującymi obiektami są cztery wielkie kominy nieczynnej już fabryki, tworzące na tle gór pesymistyczno- apokaliptyczny widok. Zawsze marzyłem, by móc to utrwalić na filmie i wreszcie mi się to udało. Pajacowi , który zaprojektował to architektoniczne cudo, kazałbym przez 24 godz. słuchać na żywo Mandaryny, Gosi Andrzejewicz lub innych Denzelów. Sorry, ale jestem pod wrażeniem sylwestrowej szmiry w TV. Za Jelenią Górą zaczął się ostry podjazd do Jagniątkowa (oj, było ciężko) po czym nastąpił ostry zjazd do Michałowic, a stąd lekko pod górę droga doprowadzila mnie do Szklarskiej Poręby. Z centrum udałem się na słynny ''Zakręt Śmierci'', skąd roztacza się zajefajna panorama. Pałac w Mysłakowicach panorama z ''Zakrętu Śmierci'' Po nacieszeniu oczu, nastąpiło coś, co kolarze lubią najbardziej (choć nie wszyscy- niektórzy wolą pod górę)-ostry czterokilometrowy zjazd. Pobiłem na nim swój rekord, mknąc z prędkością ponad 60 km/h. Warto było napocić się na podjazdach, by choć przez cztery minuty doświadczyć niesamowitych wrażeń. Kiedy wyjechałem ze Szklarskiej po raz pierwszy nie musiałem uważać na nadjeżdżające samochody. Powodem tego był zamknięty dla ruchu, kilkukilometrowy odcinek szosy uszkodzonej przez rzekę w czasie powodzi. Kiedy wróciłem do Trzcińska, na liczniku miałem 95km, w tym 16 km. podjazdów. na szczycie ''Sokolika'' Ostatniego dnia postanowiłem zdobyć (tym razem pieszo) najwyższe wzniesienie w okolicy – ''Sokolik''. Na jego szczycie górują dwie potężne skały, służące bardzo często do uprawiania wspinaczki. Aby przeciętny turysta mógł bez problemu tam dotrzeć, zamontowano metalowe schody. Gdy wszedłem na samą górę, grupa młodych ludzi, pod nadzorem doświadczonego wspinacza, przechodziła po rozpiętej linie między dwiema skałami. Podczas schodzenia wystarczyła chwila nieuwagi, by zboczyć ze szlaku. W konsekwencji mój pobyt w lesie nieco się przedłużył, ale co tam, ruchu nigdy za wiele. O godz. 15-tej wyruszyłem w drogę powrotną. Do Chojnowa dotarłem o 17-tej, zdążając tuż przed deszczem. Jednym zdaniem- była to bardzo udana wycieczka, tym bardziej, że pogoda chcąc wynagrodzić mi Mazury, nie licząc ostatniego dnia, była wprost idealna. W sumie zaliczyłem 26 km. podjazdów, co jak na górski debiut, jest nie najgorszym wynikiem, biorąc pod uwagę mój nie najlżejszy rower i crossowe opony. Przed wyjazdem miałem obawy czy dam radę. Teraz mogę powiedzieć tylko tyle, że nawet góry nie są takie straszne i można się do nich przyzwyczaić.
|